Dwa weekendowe dni to trochę zbyt mało. Zwłaszcza, że lato w pełni i pogoda kusi. A kiedy lato w pełni kusi pogodą, na myśl pcha się wizja jezior, lasów i rozgrzanego powietrza drgającego horyzontem. Jako, że takiej wizji, kwintesencji wakacji, trudno się pozbyć siedząc w biurze – najbezpieczniej jej dla świętego spokoju ulec.

Dla połowy uczestników wyjazdu miał to być pierwszy poważny wypad rowerowy – test obszaru potencjalnych możliwości relaksu i odpoczynku połączonego z tym rodzajem aktywności. Krótko mówiąc, Karolina chciała sprawdzić czy jej się to w ogóle spodoba.

Tym razem postanowiliśmy przedłużyć weekend o kolejne dwa dni. Razem dało to pełne cztery dni na rowerze.

No właśnie: rower. Karolinie zdarza się poruszać po mieście stylową miejską damką z koszyczkiem – przy ładnej pogodzie, głównie na dystansie dom – praca – dom. Ostatnio jednak wydobyła z siebie deklarację, że chciałaby również częściej wyjeżdżać rowerem poza miasto. Tu jednak na drodze stanęły względy sprzętowe w połączeniu z warunkami fizycznymi. Trzeba było znaleźć rower z przerzutkami i hamulcami ręcznymi odpowiedni dla osoby, która półtora metra wzrostu osiąga lekko wspinając się na palce.

W pakiecie startowym znalazł się stary, ale co najważniejsze, mały Giant będący częścią dziecięcej przeszłości rowerowej Marka. Czterodniowy wyjazd stawiał dodatkowe wymagania, więc w skład zestawu wszedł jeszcze całkiem przyzwoity bagażnik o nieustalonym pochodzeniu, znaleziony w garażu rodziców pośród rzeczy, które „mogą się kiedyś przydać” oraz żółte sakwy pożyczone od Adama. Karolina zainwestowała w rękawiczki…

W piątek po pracy dojechaliśmy na pole namiotowe LOKu w Boszkowie, gdzie mogliśmy przenocować i jednocześnie zostawić auto na kilka dni na zamykanym parkingu.
W sobotę rano objuczyliśmy rowery wszelkimi potrzebnymi rzeczami i wyjechaliśmy na pierwszy etap – krótki, bo obliczony na rozgrzewkę i konfigurowanie ustawień odcinek do Wolsztyna.

Pogoda świetna…na uprawianie totalnego bezruchu w zanurzeniu w wodzie jeziora. Upał jest, drgający horyzont jest, ruchu powietrza – nie ma.

Na początek dotoczyliśmy się szosą do Przemętu – sporej wsi z fantastycznym pocysterskim barokowym kościołem zbudowanym z cegły. Weszliśmy do przedsionka z chłodnym powietrzem o zapachu historii. Niestety tu skończyliśmy zwiedzanie, gdyż dostępu do środka broniła zamknięta krata. Szkoda, bo wnętrze to kwintesencja baroku na bogato.
Po krótkiej przerwie na mini serwis mini roweru Karoli pojechaliśmy dalej. Tuż za wsią skręciliśmy na szutrową drogę prowadzącą przez łęgi poprzecinane kanałami Obry. Niemal dziesięć kilometrów drogi przez rozgrzane łąki – bez jednego zakrętu i prawie bez cienia. Trochę ugotowani dojechaliśmy do szosy i po przejechaniu kilku wiosek byliśmy już w Wolsztynie.

Nieduże miasteczko z bardzo ładnym rynkiem, gdzie w cieniu ratusza przy szumiącej fontannie schroniliśmy się przed upałem.
Dalej przemieściliśmy się na camping we wsi Karpicko na obrzeżach miasteczka. Niedawno otwarty, z sympatyczną obsługą, czystymi, pachnącymi nowością toaletami i co najważniejsze – bez tłumów. Do plaży jakieś 100 metrów.

Upalny bezruch powietrza zwykle kończy się spektakularną burzą – i tak też było tym razem. Wieczorem zaczęło lać, wiać i grzmieć. Potężna burza z małymi przerwami trwała do rana. Następnego dnia niewiele się zmieniło. Na przemian – wychodziło słońce, poświeciło, po czym przychodziła krótka burza z ulewą.
Skutecznie zdezorganizowało to zaplanowany około siedemdziesięciokilometrowy przejazd w okolice Międzyrzecza. Zamiast tego odwiedziliśmy stare ale wciąż żywe parowozy w ostatniej w Europie czynnej parowozowni oraz zwiedziliśmy dwa ciekawe kościoły stojące nieopodal rynku – tym razem oba były otwarte. Żeby aktywnie wykorzystać momenty słońca, objechaliśmy również Jezioro Wolsztyńskie – nieduża wycieczka po rozległych parkach, lasach i nadjeziornych polanach. Na brzegu jeziora zbudowano kilka pomostów i kładek spacerowych, więc co kilkaset metrów można robić przystanki na podziwianie łanów nenufarów na powierzchni wody i buszujących w nich łysek, perkozów i innych wodnych ptaków.

Następnego dnia pogoda znowu zaczęła rozpieszczać
– zrobiło się słonecznie, ale nie upalnie – burze i ulewy poszły w niepamięć, jednak skutecznie oczyściły powietrze. Będąc w Wolsztynie, nie można nie zobaczyć unikalnego już w Europie zjawiska: 5.26, osobowy relacji Wolsztyn – Poznań.

„Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa –
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha”
Dokładnie tak – stoi i sapie OL49 czekając na odjazd z pasażerami. Normalny rozkładowy pociąg – w ostatnim miejscu, gdzie rozkładowe pociągi prowadzone są przez parowozy. Tak, jak kilkadziesiąt lat temu. Bez tłumów gapiów i muzealnego rytuału, zgodnie z rozkładem, o 5.26 parowóz skrył się w wypuszczonej spod siebie chmurze pary, plunął w górę słupem dymu i sapiąc ruszył do Poznania.

Zmodyfikowaliśmy plan tak, żeby nie zostać trzeci dzień w tym samym miejscu, a jednocześnie nie oddalać się zanadto od Boszkowa, gdzie musieliśmy wrócić do samochodu następnego dnia.
Wybraliśmy przejazd do znanego nam już z wcześniejszych wycieczek Wielenia Zaobrzańskiego. Droga numer 305 z Wolsztyna do Wschowy zapewniała towarzystwo wielu ciężarówek i mniejszych samochodów. Zrobiliśmy krótki postój przy położnym w parku pałacyku w Wroniawach, a wyjeżdżając z wsi minęliśmy rząd ciekawych domków postawionych dawno temu zapewne dla pracowników jakiegoś miejscowego zakładu.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy kościele we wsi Kaszczor. Wybudowany w XVIII w przez Cystersów przypomina charakterem ten z Przemętu. Niestety przypomina go również dostępnością – można wejść do przedsionka i ani kroku dalej.

Podobny w stylu jest niewielki kościół w Wieleniu Zaobrzańskim – sąsiedniej wsi, skąd Cystersi przenieśli się niegdyś do Kaszczora. Ten jednak odgrywa rolę niewielkiego centrum pielgrzymkowego, dzięki czemu można łatwiej załapać się na moment kiedy jest otwarty. Podobnie z tego powodu można uczestniczyć we wszystkich mszach rozgłaszanych na zewnątrz przez megafony, jednocześnie nie wychodząc z namiotu na polu namiotowym położnym tuż za murem sanktuarium.

Jako, że do Wielenia dotarliśmy stosunkowo wcześnie, zrobiliśmy jeszcze wycieczkę wokół okolicznych jezior. Zaczęliśmy od przejazdu szosą przez Osłonin – zagłębie ośrodków wczasowych i knajpek – a następnie piaszczystym szlakiem po pagórkowatych lasach sosnowych dotarliśmy do Olejnicy. Dalej pagórkami przez pola ze skrytymi w chmurach pyłu kombajnami, traktorami orzącymi zżęte pola i wszechobecnymi bocianami spacerującymi po świeżo zaoranych fragmentach ziemi, pojechaliśmy z powrotem do Wielenia.

Wtorek zaczęliśmy szybko, żeby nie tracić dnia z ładną pogodą. Pojechaliśmy do Wschowy na poranną kawę – 20 km drogą nr 305. Miasteczko z ok 14 tysiącami mieszkańców – według znalezionych przeze mnie informacji warte odwiedzenia będąc w pobliżu. Według naszych doświadczeń – można wysiąść na chwilę z samochodu przejeżdżając tamtędy – ale jechać specjalnie na rowerze nadkładając kilkadziesiąt kilometrów – zdecydowanie nie warto.
Na środku miasteczka ryneczek – ale jakby wymarły. Ani jednej knajpki, gdzie można napić się kawy siedząc na zewnątrz. Właściwie w ogóle nie udało nam się znaleźć żadnego takiego miejsca. Obok rynku spory kościół z wysoką wieżą – z zewnątrz barokowy. Zamknięty. Nieopodal również obiecujący kościół klasztoru Franciszkanów. Zamknięty. Można wejść na ładne podwóreczko klasztoru i do przedsionka. Przez kratę widać, że wnętrze wypełniają piękne zdobienia. Miasto z dużym potencjałem, jednak nieprzyjazne odwiedzającym.

Pojechaliśmy lokalnymi drogami w kierunku Włoszakowic. Jedziemy, patrzymy, a na wzgórku w koronach drzew, wysoko – krowa… Podjechaliśmy bliżej, a tam na kilkumetrowym cokole – pomnik krowy, naturalnej wielkości. A właściwie byka bez rogów – poznać po atrybutach okręconych biało-czerwoną taśmą foliową przez tubylców z poczuciem humoru. Pomnik, którym Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej z pobliskiej Osowej Sieni chwali się przynależnością do ścisłej krajowej czołówki w hodowli zwierząt gospodarskich od zarania dziejów w 1945 roku.

Wyjazd zakończyliśmy w Boszkowie. Trasy nie były długie – właściwie trudno było się zmęczyć. Jednak testy sprzętu, organizacji i chęci zostały wykonane.

Rezultaty – pozytywne :-)

Wojtek

Trasy


Wyświetl większą mapę

Zdjęcia