Gdzie by tu pojechać

O dziwo są tereny całkiem niedaleko Wrocławia niemal zupełnie nam nieznane. Jeżeli za miarę odległości przyjąć czas spędzony w samochodzie, okazuje się, że nie byliśmy w miejscach w sumie niedalekich.
Pogranicze czesko-polskie nie skrywa już przed nami wielkich tajemnic. Lata wyjazdów w tereny odległe o 2,5-3 godziny w samochodzie pozwoliły odkryć sporo ciekawych miejsc. Po chwili zastanowienia okazuje się jednak, że gdy spędzi się dłuższą chwilę na autostradzie, można dojechać daleko i to nie tylko do krainy kopalń, wołowych rolad i modrej kapusty. Można przecież pojechać w przeciwną stronę. Czasoprzestrzeń lekko się zagina i jeśli opanuje się mityczny strach portfela przed cenami wyrażonymi w euro – za 3 godziny stąd są okolice, o których wiedzieliśmy dotąd bardzo niewiele.

U nas tego nie ma

Wskoczyliśmy na autostradę w kierunku zachodnim. Tą drogą, oraz przez wioski niemieckie, a później czeskie dojechaliśmy do portowego miasteczka Děčín. Słowa „czeski” i „port” rzadko stoją tuż obok siebie – ale w przypadku Děčína to nic niezwykłego. Stąd bowiem można popłynąć w dół Łaby dokąd tylko wyobraźnia poniesie.
Łaba zaczyna w tej okolicy przecinać Góry Połabskie, a konkretnie Saską Szwajcarię. Niewysokie góry o bardzo zróżnicowanej rzeźbie. Piaskowcowe ostańce co rusz wyłaniają się między drzewami, a krajobraz obfituje w głębokie kaniony i eksponowane ścianki wspinaczkowe. Rzeka pracuje nad swoja trasą od dłuższego już czasu tworząc malowniczy przełom. Wiadomo – jak coś jest malownicze, przyciąga ludzi. Tak samo jak przyciągnęło nas, przyciąga Niemców i Czechów już od około dwustu lat.
Oprócz cen w euro – głęboka przepaść – to jeszcze oddziela nas od sąsiadów, których postanowiliśmy odwiedzić. Konkretnie to przepaść między jakością infrastruktury rowerowej oraz podejściem do turystyki rowerowej w tamtych krajach, a tym do czego przywykliśmy u nas.
Od Děčína do Drezna prowadzi transgraniczna ścieżka rowerowa. Przez lata użytkowania przez niezliczone ilości rowerzystów obrosła punktami odpoczynkowymi i restauracjami z ogródkami piwnymi. Na całej długości jest niemal idealnie płaska, wiedzie niedaleko rzeki, a znakomita jakość asfaltu pozwala na podziwianie widoków zamiast analizowanie nawierzchni pod kołem. Możliwości relaksu zabijają w nas sportowe chęci.
Dodatkowo kapryśna pogoda zmusza do częstych postojów w ogródkach piwnych celem ratowania resztek dobrego humoru. Dopuszczalne dla rowerzysty 1,6 promila daje sporo przestrzeni do walki o dobry humor.
Jedziemy niespiesznie. Na wstępnie zaskakuje nas głęboki przełom wydrążony przez rzekę w miękkim piaskowcu. Oba brzegi wspinają się pionowymi skałami porośniętymi soczystą zielenią. W tutejszej przyrodzie nie widać śladów letnich upałów.
Na rzece ruch – mijają nas różne statki, stateczki i łódki. Czasem przepłynie barka, czasem sportowa łódź wiosłowa, a kiedy indziej stuletni statek parowy. Historyczna flota drezdeńskich parostatków nie przeszła do historii. Nadal można usłyszeć niosący się echem świst gwizdków parowych.
Zatrzymujemy się w Bad Schandau. Niewielka miejscowość uzdrowiskowa – atakujemy Penny Market i kupujemy trochę jedzenia. Ceny nie są zabójcze – jedząc najtańszą żywność można wydawać niewiele więcej niż średnio wydajemy na codzienne zakupy w Polsce. W budce przed marketem próbujemy lokalnej kuchni fastfoodowej. Currywurst – chyba popularniejsze tu niż kebab – pocięta kiełbasa w sosie o smaku curry. Powiew orientu na niemieckiej prowincji. I druga nowość z gatunku subtelnych różnic kulturowych: piwo w markecie kupuje się tu głównie na skrzynki – mało kto rozdrabnia się na pojedyncze butelki.
Dalej wzdłuż rzeki jedziemy do miejscowości Königstein. Przekraczamy rzekę małym promem dla pieszych i rowerzystów – rozrzucone co kilka kilometrów, wożą chętnych między brzegami. Wioska przycupnęła w cieniu olbrzymiej twierdzy górującej na skałach jakieś 250 metrów ponad poziomem rzeki. Lenistwo skutecznie powstrzymuje nas przed wspinaniem się tam na rowerze czy pieszo. Twierdza wygląda solidnie, stoi tam już kilkaset lat, to poczeka jeszcze trochę.
Następny przystanek – Rathen. W restauracyjce z widokiem na góry – piwko. A potem jeszcze jedno bo tylko 0,4. I obsługa sympatyczna i widok ładny – to posiedzieliśmy dłuższą chwilkę.
Dzień się kończy więc trzeba szukać miejsca na nocleg. W pasie między rzeką, a górami dosyć trudno o miejsce nie rzucające się w oczy i oddalone nieco od zabudowań. Znajdujemy takie dopiero po kilku kilometrach. Na łące między rzędem drzew, a linia kolejową. Czynną. Pociągi jeżdżą co chwilę – osobowy przemyka kulturalnie ale towarowy trzęsie ziemią, piszczy, trzeszczy, skrzypi i strasznie się wlecze. Niemniej miejsce niewidoczne z okolicznych domów, na miękkiej zielonej trawie. Oczywiście pada deszcz.

Atak ślimaków i zemsta langoszy

Trochę nam się ślimaczyła ta noc :/

Rano łąka mokra, namioty mokre, nasze buty mokre. Otaczają nas pomarańczowe bezskorupkowe ślimaki – są wszędzie i dokładnie widać którędy szły.
Najpierw jedziemy kawałek w wysokiej trawie, a następnie szturmujemy górkę kolejową. Dalej znowu asfaltowa ścieżka rowerowa. Leje – znajdujemy stoliki pod daszkiem, żeby zjeść śniadanie nie moknąc lub kuląc się w namiocie. Morale tak słabe, że dopiero gorąca herbata oddala chęć powrotu do samochodu. Przestaje lać to jedziemy dalej – suszyć ubrania pędem powietrza. W sumie to jest dosyć ciepło.
Pirna – fajna mieścina. Jeździmy po starych uliczkach – bardzo ładne. Wszystko dopieszczone, wszystko równo, ładnie, czysto. Na ryneczku mały sobotni targ – ludzie kręcą się między stoiskami, kupują warzywa, pieczywo, kwiaty. Kręcimy się tak jeszcze przez chwilę po centrum i jedziemy dalej.

Co raz bliżej Drezna – przejeżdżamy przez rozwleczone nad rzeką przedmieścia. Widać, że miasto stoi frontem do rzeki. Mijamy hangary z kajakami, ścieżkę co rusz przecinają pochylnie do slipowania łodzi, a na wodzie zaczyna się ruch. Co raz więcej drezdeńczyków mija nas w drodze na sobotnie wycieczki. Ciekawa jest też zabudowa – wille z pięknymi zadbanymi ogrodami. Nie przypominają przedmieść zwykłego miasta, a raczej reprezentacyjne bulwary nadmorskich kurortów.

Mijamy rozległe nadbrzeżne łąki, a zraz potem lądujemy w centrum. Wprost z nadrzecznych terenów rekreacyjnych wjeżdżamy pod mosty łączące starówkę z przeciwległą częścią miasta.

Dookoła ludzi tłum. Coś się dzieje – wygląda na wielki festyn. Jedziemy wzdłuż nadbrzeżnego bulwaru, zatrzymujemy się przy niewielkim wąskotorowym parowozie. Stoi na torach, a tory leżą tymczasowo na jezdni. Może i muzealny – ale jest akcja. Parowóz bucha parą – i to nie tylko on. Wokół jeszcze kilka innych dziwnych maszyn parowych demonstruje swoje możliwości: jest walec drogowy, traktor, oraz silnik parowy napędzający wielką pozytywkę. Sceny z muzyką, stragany z jedzeniem i piwem – fiesta po saksońsku.
Na każdym placu, w każdej uliczce – wszędzie tłumy. Jedzie się fatalnie, a gdzieniegdzie ledwo można przejść z rowerem. Kręcimy się po starówce, robimy przerwę na piwo w browarze restauracyjnym oraz wursty i langosze w festynowej budce. Paskudnie ciężkostrawne będą się na nas mścić do następnego dnia. Skoczyliśmy na moment zobaczyć Zwinger z góry i postanowiliśmy odłożyć dokładniejsze zwiedzanie Drezna na jakiś spokojniejszy czas.

Ścieżki rowerowe są tu wszędzie, a poruszanie się rowerem wzdłuż rzeki nie koliduje z żadnymi drogami. Przekroczywszy rzekę mostem, jedziemy z powrotem. Tym razem zwiedzamy przeciwległy brzeg.

Tutaj słońce dłużej ogrzewa południowe stoki wzgórz. Grzech nie dać się w nim ogrzewać krzaczkom winogron. Mijamy niewielkie winniczki położone przy klimatycznych willach. Gdzieniegdzie palmy w donicach powystawiane na tarasy – słońce świeci nieograniczone chmurami. Bardziej śródziemnomorsko tu niż niemiecko – wyobraźnia głupieje.

Przedmieścia ciągną się jeszcze kilometrami – a dzień powoli dobiega ku końcowi. Zaczynamy powoli szukać zaopatrzenia i noclegu. Zatrzymujemy się zatankować gotówkę. W zaułku tuż obok bankomatu odkrywamy dolną stację starego funikularu – skrytego przejawu górskiego charakteru miasta po tej stronie rzeki.

Jedziemy dalej przez ciche wioseczki rozglądając się nad ustroniem dobrym do przenocowania. Kątem oka dostrzegamy jezioro. Miejsce wydaje się idealne – bez zastanowienia zjeżdżamy ze zbocza nad samą wodę i znajdujemy zatoczkę schowaną przed przypadkowymi spojrzeniami. Nad brzegiem idealnie wykoszona trawiasta plaża. I tabliczki – zakaz przebywania od 24 do 5 rano. Czyli żeby nie biwakować. Jako, że przy wjeździe nieopodal minęliśmy jakieś zabudowania i ludzi wyglądających na obsługę – zakaz traktujemy poważnie.
Szykujemy kolację, a zza wzgórza wyłania się kres dobrej pogody. Porzucamy myśl o kolacji pod gołym niebem bo najbliższa perspektywa pogodowa wydaje się oczywista. Wrzucamy ostatnie szpargały do sakw, zakładamy kurtki i przewidywana przyszłość gwałtownie staje się teraźniejszością. Wskakujemy na rowery i pędem do zabudowań. Wpadamy pod daszek romantycznej altany, a za nami pędzi ściana deszczu – tsunami rozbija się o dach i dopada rowery pozostawione na zewnątrz.
Siedzimy i jemy kolację, deszcz leje, robi się ciemno – nie ma sensu rozbijać i tak mokrych namiotów. Lepiej podejść do imprezującej nieopodal obsługi i negocjować zakaz z tabliczki. Dogadywanie się z Niemcami na migi czy możemy przespać się pod daszkiem to przygoda sama w sobie – otrzymanej propozycji nie przytoczymy. Ważne, że finalnie nie mają nic przeciwko. Rozkładamy się na noc na twardej betonowej posadzce ale za to pod szczelnym dachem.

Jak trzeba wracać to jest pogoda.

Rano pogoda rewelacyjna – po śniadaniu wskakujemy na rowery i jedziemy dalej. Nie spieszy się nam bo jest wcześnie, a do przejechania niewiele. Dla urozmaicenia w Rathen przejeżdżamy przez dopieszczoną główną uliczkę zdroju i wjeżdżamy na premię górską. Zaliczamy kawałek stromego podjazdu – płuca dają znać, że to jednak są góry. Później kawał zjazdu lokalnymi drogami. I z powrotem nad rzeką. I domki nad wodą z zadbanymi trawnikami. Tuż przed granicą promem na drugą stronę i znaną już ścieżką do Czech.
W Decinie, już bez obciążenia robimy spacer rowerowy po starówce – objeżdżamy dookoła zamek i robimy postój w restauracyjce. Nie możemy przecież być w Czechach i nie zjeść na koniec smażonego sera.

Galeria

Trasa