Durmitor często nazywany jest perłą Czarnogóry i trzeba przyznać, że nie ma w tym żadnej przesady. To górskie serce kraju ma w sobie tyle uroku, że od samego początku robi na nas olbrzymie wrażenie.

Po kilku dniach aklimatyzacji w Žabljaku i paru ekscytujących wypadach po okolicy nasz rowerowy apetyt zostaje na dobre rozbudzony i kiedy pada śmiała propozycja objechania parku narodowego w jeden dzień, podejmujemy wyzwanie. Mamy do pokonania 83 km po górzystym terenie, jednak większość trasy okazuje się być asfaltowa, co nieco ułatwia jazdę. Wyruszamy z pewnym opóźnieniem przy już odczuwalnym upale lecz w pełni zmotywowani i głodni wrażeń.
Już po kilkuset metrach łapiemy pierwszą gumę, co uznajemy za dość zabawny incydent zważywszy na rzekomą nieprzebijalność nowo zakupionych “innowacyjnych” dętek (FOSS tubes). Po przejechaniu krótkiego odcinka ku naszemu zdziwieniu łapiemy kolejną gumę, a potem kolejną itd. Sytuacja z zabawnej zmienia się w groteskową. Nie jesteśmy w stanie skutecznie załatać dziur, gdyż nie mamy ze sobą wystarczająco dużo łat, naprawiamy więc feralne dętki podgrzewając je zapalniczką i sklejając dziury, co wg producenta powinno wystarczyć. Nic z tego. Jak na złość, przy kolejnym dłuższym postoju, kiedy już kryzys wydaje się opanowany, słyszymy dźwięk ulatującego powietrza, który dochodzi z innego roweru. To “tradycyjna” dętka nie wytrzymuje wysokiej temperatury i ostrego hamowania. Podłamani ponownie zabieramy się do naprawy. Udaje nam się jeszcze jakoś ogarnąć i wyruszyć w drogę, ale niefart nie chce nas opuścić. Czas ucieka niczym powietrze z naszych kół, podejmujemy decyzję o powrocie na kemping.
Nie zrażamy się jednak i już następnego dnia, na z trudem zdobytych dętkach kręcimy od nowa. Tym razem obieramy przeciwny kierunek, co z wielu względów okazuje się być celnym pomysłem. Droga zaczyna się dość niepozornie, szybko pokonujemy malownicze wzniesienia i wkrótce zaczynamy dziesięciokilometrowy podjazd do najwyższego punktu naszej wyprawy (1971 m n.p.m.) skąd roztacza się bajeczny widok na Kanion Susicy.

Jak dotąd wszystko idzie bez przeszkód, zero pękniętych dętek, maksimum przyjemności z jazdy. Następny etap to zjazd serpentynami do kanionu, na końcu którego asfalt zamienia się w szutr. To na tym odcinku zaliczam lot przez kierownicę i ląduję z poślizgiem na kamienistej nawierzchni. Tak więc 1-0 dla mnie. Rezultat to zdarte łokcie, brzuch oraz obolałe uda, które najwyraźniej przyjęły na siebie lądowanie. Na szczęście rower wychodzi z tego bez większych obrażeń. Do samego kanionu schodzę na pieszo, żeby nieco ochłonąć. Zamiast jeziorka, które spodziewaliśmy się tu zastać, naszym oczom ukazuje się wielka polana. Cóż, z kąpielą musimy poczekać do wieczora.
Po krótkiej regeneracji sił czeka nas ostry podjazd po nierównym terenie na drugą stronę kanionu. Nasz trud zostaje wynagrodzony na górze, gdy spoglądamy raz jeszcze na ten fenomenalny krajobraz a świadomość, że jeszcze niedawno byliśmy na przeciwległym krańcu doliny daje niemałą satysfakcję.

Kanion

Jest jeszcze jedna myśl, która pobudza nasze endorfiny–zbliżamy się do tzw. “koryta” i bynajmniej nie chodzi tu o koryto rzeki. Mniej więcej w połowie trasy, w małej miejscowości Trsa znajduje się niewielka restauracja, w której można zamówić specjały kuchni czarnogórskiej i napić się złocistego napoju na świeżym powietrzu. Nasz wybór pada na danie o nazwie cicvara i okazuje się być strzałem w dzisiątkę. Tradycyjnie potrawę tę przygotowyje się na bazie mąki kukurydzianej, jajek oraz kajmaku, czyli sera z mleka owczego. My dostajemy wersję regionalną, czyli z dużą ilością miodu, co stanowi idealne paliwo na kolejne 40 km.

Wydawać by się mogło, że dalsza część trasy niczym nas już nie zaskoczy, bo w większej części przemierzyliśmy ją dnia poprzedniego, jednak tym razem jedziemy w przeciwnym kierunku i o innej porze dnia, dzięki czemu mamy okazję podziwiać ten sam krajobraz w zupełnie innej odsłonie. A naprawdę jest co podziwiać. Surowe góry zatopione w popołudniowym słońcu, malowane światłocieniem wydają się nieco łagodniejsze i jakby surrealistyczne. Zwalniamy nieco tempo by nacieszyć oczy i uwiecznić te chwile na zdjęciach. Panuje absolutna cisza przerywana niekiedy beczeniem owiec pasących się nieopadal w dolinach. Sielanka.

To jest prawdziwy Street Basket

Gdzieś w samym środku gór, z dala od cywilizacji, na jednym z wielu zakrętów natrafiamy na…mini boisko do streetballa. Nieopodal na kamieniu siedzi sobie starsza kobieta i kontempluje naturę. Zauważywszy nas babinka zrywa się i już chce lecieć do swojej chaty (której nie ma nawet w zasięgu wzroku), by poratować nas piłką (a być może zagrać:) Ot, czarnogórska gościność. Niestety czujemy już na sobie oddech nocy, więc dziękujemy najuprzejmiej jak umiemy i jedziemy dalej.

Nim zajedziemy na przełęcz Sedlo, zapada zmierzch. Genialny zjazd z poprzedniego dnia tym razem zamienia się w nieco mniej genialny podjazd po krętej serpentynie. Na górze triumfujemy, od teraz czeka nas już tylko 14-kilometrowy odcinek w dół. Na kemping docieramy ok. 22.00, styrani, ale szczęśliwi. W zupełnym mroku, roświetlonym jedynie naszymi czołówkami, pijemy piwko zwycięstwa…

 Patrycja

Galeria

Trasa